Fragment książki Monty`ego Robertsa "Człowiek który słuchał koni"
" Mój ojciec miał specjalny korral z sześcioma solidnymi palami, które wbito w równych odległościach wzdłuż bandy. Dzięki temu mógł ujeżdżać pół tuzina koni jednocześnie.
Najpierw zakładał im uździenice. Musiał w związku z tym gonić je po piasku, aby się do nich wystarczająco zbliżyć. Następnie doczepiał do uździenic mocne powrozy i przywiązywał konie do każdego z pali - linę owijał na wysokości mniej więcej sześciu stóp nad ziemią, a jej koniec przymocowywał do bandy.
Miał zatem sześć zwierząt unieruchomionych przy słupach rozstawionych co 30 stóp wzdłuż ogrodzenia korralu. Konie już w tej chwili były przerażone.
Następnie ojciec stawał na środku korralu z liną, do której był przywiązany ciężki brezent lub specjalnie obciążony worek. Przechodząc od konia do konia, zarzucał tę płachtę każdemu na grzbiet.
Kiedy worek spadał na ich zady i tylne nogi, konie ogarniała panika. Oczy wychodziły im z orbit, zaczynały wierzgać, cofać się i szarpać więzy, jakby zależało od tego ich życie - ponieważ z ich punktu widzenia tak to właśnie wyglądało. Skąd mogły wiedzieć, że nie jest to koniec wszystkiego? Strach, który leżał w ich naturze, sprawiał że bliskie obłędu rzucały się do przodu, do tyłu i na boki, próbując zerwać sznur, walcząc o życie. Ich szyje i głowy puchły, i często raniły się na skutek tej rozpaczliwej szarpaniny. Był to - i ciągle jest - niezmiernie przejmujący widok.
Ten proces nazywa się "workowaniem". W pierwszym etapie mógł trwać około czterech dni, a jego celem było złamanie woli zwierzęcia i zniweczenie jego zdolności do stawiania oporu.
Następnie ojciec podwiązywał nogę konia, zazwyczaj w pierwszej kolejności tylną. Okręcony wokół pęciny sznur podciągał mocno do góry i obwiązywał wokół szyi zwierzęcia.
Kiedy konie zostały w ten sposób obezwładnione, ten drugi etap "workowania" jeszcze bardziej zmniejszał ich zdolność opierania się. Walczyły dzielnie, dźwigając żałośnie swój ciężar na trzech nogach i stękając z bólu wywołanego przez zaciskające się na ich szyjach sznury.
Ojciec unieruchamiał tak kolejno każdą nogę - proces "workowania" stawał się coraz krótszy w miarę, jak wola walki opuszczała zwierzę.
Następnie po uwolnieniu nogi, przychodziła pora na założenie siodła. Konie ponawiały opór, starając się zrzucić popręg. Kolejne etapy "workowania" wyczerpywały jednak ich siły. Niektóre z nich walczyły przez wiele godzin; inne poddawały się szybciej i całkowicie zdezorientowane oczekiwały na dalszy ból.
W ten sposób mijało osiem do dziesięciu dni. Wszędzie tam, gdzie sznury przetarły ich skórę, konie miały krwawe ślady na pęcinach; w niektórych miejscach tarcie było tak mocne, że liny paliły im sierść. Często na nogach były potłuczenia, a nawet poważniejsze rany. Wzajemny stosunek między nimi a ich ludzkimi panami był już jasno określony - pracowały ze strachu, a nie z własnej chęci. (...)"
Ujeżdżanie dzikich koni. |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz